Życie w internetowej społeczności

Postanowiłem zrobić małą listę serwisów społecznościowych i pokrewnych, z których w miarę aktywnie korzystam. Powód: jestem ciekaw, gdzie jestem. (Linki prowadzą do profili).

facebook
goldenline
last.fm
blip
filmaster
youtube i vimeo
nasza klasa

Te przyszły do głowy od razu, jestem jednak pewny, że to nie wszystkie. Pomóż koledze, przypomnij, o czym zapomniałem…

Najlepsza pizza w Krakowie

Zimno jest, naprawdę zimno jest, a i tak jest lepiej niż było! Zimno jest fajne, kiedy suniesz po stoku na desce (lub dwóch), natomiast zimno nie jest fajne, kiedy marzniesz w mieście. Jeśli do tego nie zadbałeś o to, żeby poza alkoholem w lodówce znalazło się również jedzenie – masz problem.

Problem jednak łatwy do rozwiązania. (Łatwy, o ile masz przy sobie gotówkę!). Nie ma bowiem nic lepszego na zimną zimę niż ciepła pizza. (Oczywiście są lepsze rzeczy, ale nie przerywajmy tak wspaniale rozpoczętego wywodu). A skoro już mowa o pizzy to najlepiej, żeby mowa była od razu o najlepszej. I ja Wam powiem, gdzie taką znaleźć w Krakowie. Tadam!

Albo jeszcze nie powiem. Najpierw słowo wprowadzenia. (Chyba, że jesteś obżartuch – wtedy pomiń ten akapit i dzwoń zamawiać). Zacznijmy od: dlaczego niby Dominik jest kompetentny w tej kwestii, po czym kontynuujmy przez: wow, faktycznie jest kompetentny. Otóż wszystko zaczęło się od tego, że… Albo krócej. Otóż… jestem kulinarnym leniem. Lubię jeść, lubię próbować nowe rzeczy, o ile były chociaż robione obok kurczaka, a najlepiej z jego dużą ilością. Wiadomo – przygotowanie mięsa do spożycia zajmuje czas. (Cenny czas!). O wiele łatwiej jest od razu zamówić gotowe jedzenie. I ja tak zazwyczaj robię. Robię to na tyle często, że kurierów znam z imienia. (Nie, nie jestem gruby. Tak, kiedyś byłem ładniejszy). Swego czasu znałem wszystkie kebabownie w Krakowie, a jeden z prezentów urodzinowych jaki dostałem na drugim roku studiów to karnet w kebabowni usytuowanej po drodze na uczelnię. (To było coś! Dla studenta bomba!).

A teraz poważniej. Nie mogę powiedzieć, że jadłem w każdej pizzerii w Krakowie, ale mogę powiedzieć, że jadłem w wielu. Przez długi czas zamawiałem w Dominium (miałem kiedyś 50% zniżkę, która o dziwo trwała długo po tym, kiedy już mi nie przysługiwała), poznałem wszystkie inne krakowskie sieciowe pizzerie, a także większość tych mniejszych. Z jednymi byłem dłużej, z innymi kończyłem przygodę po pierwszym lub drugim podejściu. Aż wreszcie trafiłem na… Tivoli.

Właściwie wyszło jakoś tak, że musiałem za długo czekać w innej pizzerii, więc złapałem coś z nieznanych ulotek. Wykręciłem numer, okazało się, że są blisko (ul. Stolarska, centrum Krakowa, czyli moja dzielnica), pizza na miejscu była ekspresowo. Co zamówiłem? To, co zamawiam zazwyczaj: wybrałem pizzę z własnymi składnikami. I właśnie za to ich polubiłem – zamawiam podwójne składniki (np. podwójny ser czy podwójny kurczak) i otrzymuję podwójne składniki! Jeśli uważasz, że to nic takiego – jesteś w błędzie. W pizzeriach zazwyczaj rżną na składnikach, właściwie nie ma różnicy między składnikiem a jego podwójną wersją. W przypadku Tivoli jest inaczej, bo jest tego więcej. Pycha.

I musicie mi uwierzyć na słowo – nie dostanę za ten wpis nawet kawałka pizzy, ale warto się dzielić takimi informacjami. Jeśli zmienię zdanie, dam znać i wtedy też podlinkuję do nowej pizzerii. Aktualnie u mnie na talerzu Tivoli. Chętnie jednak dowiem się, skąd Wy zamawiacie pizzę w Krakowie.

Edit: Poza zaproponowaną przeze mnie pizzerią Tivoli, otrzymałem kolejne wskazówki, gdzie szukać dobrej pizzy (poza komentarzami do wpisu głosy odezwały się na Blipie i Facebooku). Tak więc ludzie polecają:
Ryfka skomentowała polecając MaxiPizzę, Sylwia poleca Dagrasso (serio?) i InVito, Kuba na Facebooku wspomniał o Draculi, od Krystiana są dwie propozycje – Cyklop i Mamma Mia, a Trattoria Geppetto jest od Małgorzaty. Uff, mam nadzieję, że dobrze trafiłem z linkami.

Leżakowanie w spiskowej teorii dziejów

Dosyć zaskakujące jest, że nikt na świecie aż do tej pory (lub na tyle cicho, że nie dosłyszałem) nie powiedział tego jasno: leżakowanie w przedszkolach wpisuje się w 100% w spiskową teorię dziejów.

Pamiętam dobrze czasy przedszkola – pierwsza dziewczyna, pierwsza wymyślona opowieść, pierwsze piwo (jak dobrze się przyznać i wyrzucić to z siebie) i wreszcie codzienne leżakowanie. Jeśli dobrze pamiętam, nie leżakowałem przez cały okres przedszkola, ale co się należałem to mi się należało. A kiedy zacząłem się przyzwyczajać, kiedy wreszcie zaczynałem odczuwać przyjemność z poobiedniej drzemki, wtedy właśnie skończyło się przedszkole.

W szkole podstawowej wychowawczyni nie rozumiała, że po trzech pierwszych lekcjach wypada trochę podrzemać. Raz czy drugi dostałem po uszach za spanie na lekcji, więc starałem się spać z otwartymi oczami, co szło jednak dość słabo. Na szczęście łatwo wpadam w nastroje rozmarzenia, dzięki czemu wpatrując się w tablicę mogłem być w całkiem innym miejscu, a przynajmniej dodać lekcji trochę wartkiej – choć tylko wyimaginowanej – akcji.

No tak, ale miało być o spiskowej teorii dziejów. Wiadomo, że wszelkie grupy trzymające władze mają na celu zdobywanie coraz większych wpływów, a w konsekwencji kontrolę Ciebie i mnie, co w dalszej konsekwencji daje również kontrolę nad społeczeństwem. Jaki jest na to najlepszy sposób? Oczywiście trzeba zacząć mieszać już w dzieciństwie, zgodnie z mądrością ludową: czym skorupka za młodu nasiąknie. Jedna z najperfidniejszych metod to właśnie leżakowanie.

Drogie dzieci, wasze brzuszki muszą odpocząć, więc wskakujcie w piżamy i leżakujemy“. Znasz ten tekst lub podobny? Jeśli tak – próbowano Tobą manipulować w dzieciństwie, jeśli nie – Twoi rodzice należą pewnie do jednej z grup trzymających władzę i było Ci to oszczędzone (nie wahaj się – zostaw na siebie namiary w komentarzu, taka informacja się przyda). Trzymajmy się jednak przeciętnego Iksinskiego, którym próbowano manipulować w dzieciństwie i to właśnie za pomocą leżakowania. Co się z nim dzieje dziś? Jest duża szansa, że tęskni za leżakowaniem. Siedzi w pracy i czeka na obiad, a po obiedzie najchętniej by się zdrzemnął. Brak akceptacji jaki dla pomysłu drzemki znajduje na twarzy bezpośredniego przełożonego powoduje w Iksinskim dyskomfort. Zarówno fizyczny, jak i psychiczny dyskomfort.

Przyzwyczajany w dzieciństwie, nieakceptowany przez resztę życia – idealny materiał do manipulacji. I dlatego właśnie na koniec chcę zaproponować: pozwólmy sobie poleżakować po obiedzie! Jeśli jesteś szefem, wprowadź ten zwyczaj w swojej firmie. Jeśli jesteś pracownikiem… cóż, może jednak nie próbuj.

Na początek

Na początek: dzień dobry lub też dobry wieczór. Oto niezliczona odsłona prywatnego blogu, wydanie niewiadomo właściwie już które, kolejna wersja wciąż niepoprawiona, ale ponownie z decyzją o publikacji.

Jeśli zniknie to zniknie, jeśli nie – też szkoda. Będzie bowiem autotematycznie i kto wie jak jeszcze. Pewnie nie nadmiernie intymnie, raczej nie służbowo, coś z zakresu prywatnopodobnego.

Nie po raz pierwszy zresztą taki prywatny stwór się pojawia i nie pierwszy w ogóle jest to stwór blogowy. Z aktualnych jestem jeszcze na Reklamie po korekcie, czyli copywriterzy o reklamie, na Tekst i Obraz, czyli blogu obrazkowym okołoreklamowym, czy wreszcie na Kozizmach, czyli wymądrzeniach. A jeśli ktoś będzie chciał więcej (jeszcze więcej?), znajdzie więcej.

Myślę sobie też, że można było po prostu napisać: dzień dobry lub dobry wieczór. I na tym skończyć.